Już mi się nie chce być tym, kim jestem – czyli jak transformacja, ujawnia nasze cienie

by Sandra
0 comment
transformacja ujawnia cienie

Iluzja pracy duchowej na początku drogi każdego adepta

Oczyszczanie najciemniejszych zakamarków nas samych to praca na pełen etat. Kiedy wchodziłam w rozwój duchowy miałam takie nieuświadomione przekonanie, że jak już uda mi się otworzyć trzecie oko, połączyć z moimi przewodnikami czy też, kiedy zrobię kilka rytuałów oczyszczających, to wszystko w jakiś magiczny sposób we mnie przemieni się w spokój i harmonię. Oddawałam zatem władanie nade mną – sile wyższej. To typowy archetyp poszukiwania zbawienia w sile wyższej niż my sami.

Im więcej praktykowałam, tym bardziej byłam niezadowolona. Nic nie przynosiło takich rezultatów, jakbym tego oczekiwała. Chciałam od razu oczyścić wszystkie blokujące mnie przekonania i działać ze stałym dopływem inspiracji i motywacji. Owszem, były takie momenty, ale wcale nie było ich jakoś wybitnie dużo.

Nie chciałam jakoś specjalnie godzić się z tym, że chyba nie tędy droga, że coś robię nie tak. Przecież inni tak wyniośle pisali o tych praktykach i ich rezultatach.

Praca z cieniem, jako jedyna droga do uwolnienia pełni naszej Istoty – transformacja

Niestrudzona w poszukiwaniach, wpadłam na pracę z cieniem. Naczytałam się książek i badań o naszej psyche. O tym, jak zbudowane jest nasze postrzeganie i odbieranie rzeczywistości. Czym jest świadomość i nieświadomość. Przede wszystkim, doszło do mnie, że poszerzanie świadomości, to wyciąganie nieświadomości na powierzchnię… Nie chodzi zatem o usuwanie (np. w rytuałach) negatywnych przekonań, ale o przywołanie ich do świadomości.

No i się zaczęło. Praca z cieniem, to najważniejsza cześć mojego życia. Codziennie uważnie obserwuję swoje nastawienie i poczynania, i kiedy czuję silną blokadę – siadam z nią do medytacji. Pozwalam jej do mnie przyjść – to etap sprawdzania czy nieświadomość jest gotowa przebić się i zostać przez nas zauważona. Czy tak naprawdę MY jesteśmy już gotowi oświetlić ten aspekt nas samych.

Następnie, kiedy okazuje się, że jest gotowość, zaczyna się emocjonalny rollercoaster. W medytacji pojawiają się odniesienia do często wypartej i przykrej przeszłości, w której ktoś nas tłamsił, ucinał skrzydła, krzyczał, czy też (w mocnych przypadkach) molestował, bił czy zagrażał w jakikolwiek inny sposób naszemu bezpieczeństwu fizycznemu i emocjonalnemu.

W tym etapie pracy z cieniem najczęściej ryczę, bo to nie jest płacz. Widzę różne obrazy z udziałem małej siebie i pozwalam by to w końcu przepłynęło. Czasami krzyczę, czasami walę pięściami w łóżko. Emocje są naprawdę różne.

A to wszystko po to, by po chwili przyszedł spokój. Tak głęboki, że aż niewyobrażalny. To zawsze sygnał, że na pewnym poziomie ta trauma została uzdrowiona, a emocja uwolniona.

Już mi się nie chce, być tym, kim jestem

Ostatnio pracowałam sobie z bardzo mocnym oczyszczeniem czegoś, co już od dłuższego czasu przebijało się do świadomości. I kiedy w końcu przyszedł spokój, przyszło takie pytanie „czy ty naprawdę chcesz robić to, co robisz?” i jakże zaskoczyła mnie odpowiedź „nie, nie chcę”.

Początkowo z nią walczyłam, bo przecież robię same „wspaniałe” rzeczy. Ale kiedy pozwoliłam sobie osadzić się w tej myśli zrozumiałam, że już jest za mną pewnie spory etap podróży. Na tym etapie, to co robię było bardzo ważnym aspektem mojego wzrostu i pracy nad sobą. Tylko, że jedyną stałą jest zmienna. I choć się tego całkowicie nie spodziewałam, przyszło to do mnie nawet w obszarze mojej pracy zawodowej.

Już mi się nie chce, być tym, kim jestem

Jak transformacja zawsze ujawnia nasze cienie

Transformacja to zawsze ujawnione cienie. Coś w nas umiera, by coś innego mogło się narodzić. Jeśli nieświadomość przypisuje transformacji śmierć, to jest przez umysł (ego) postrzegana, jako coś przed czym należy się bronić. Życie w dotychczasowych „normach” staje się naszą strefą komfortu, bańką, która ma zapewnić nam poczucie bezpieczeństwa. Natomiast „transformacja” rozumiana jako „śmierć” przez nieświadome ego, jest osadzona poza naszą bańką. Mamy więc dwie opcje, zostać tu gdzie jesteśmy i walczyć ze sobą… albo pozwolić sobie na poszerzenie naszej bańki.

Jeśli nie odważmy się poszerzyć bańki – nieświadomość, która pragnie zostać uświadomiona będzie napędzała w nas panikę i natręctwo myśli. Ta „niewygoda” umysłowa, ma za zadanie zmotywować nas do rozwoju. Z jakiegoś powodu jednak, kolektywnie mamy przekonanie, że lepiej żyć w tej „niewygodnej bańce komfortu”, niż ją poszerzyć i uwolnić zablokowany aspekt nas samych.

Zatrzymujemy wtedy nasz wzrost, hamujemy rozwój. W duchowości mówi się, że jest to „niewłaściwa ścieżka rozwoju”, choć oczywiście w szerokim pojęciu nie ma czegoś takiego, jak właściwe czy niewłaściwe działanie, bo jest „non-dualizm”, nie ma dobra ani zła, a więc nie ma też początku ani końca. Choć to już bardzo zaawansowane treści, by je zrozumieć niezbędne są podstawy pracy z nieświadomością i świadomością.

W każdym razie. Transformacja w przepracowanym aspekcie, przestaje kojarzyć się ze śmiercią. Wtedy mocno łączy się z wielowymiarowością naszego wzrostu i możliwości doświadczania na różnych polach naszego „JA”, bez przypisywania sobie łatki „jestem tym czy tamtym” z punktu świata materialnego. Tutaj wchodzi np. określanie sobie jako „jestem zabawna” czy „jestem księgową”, co wskazuje na to, że „ZAWSZE TYM JESTEM”.

Ponieważ „jestem” jest odniesieniem do każdego naszego teraz. Takie postrzeganie na zasadzie „dawania sobie łatek”, uniemożliwia nasz rozwój, bo jeśli „jestem zabawna” to znaczy, że muszę blokować wszystko, co nie jest spójne z tą łatką. To też psychologiczne wyjaśnienie, dlaczego osoby otyłe, mentalnie „zostają otyłe” nawet jeśli zrzucą wagę. Ponieważ ich umysł wciąż działa programem „jestem otyła”, bo boi się transformacji. Niektórym takie łatki uniemożliwiają, jakiekolwiek działania ku zmianie.

transformacja ujawnia nasze cienie

Pozwolenie na doświadczanie jako droga do wolności

To tyle jeśli chodzi o transformację, pracę z cieniem i nasz wzrost z punktu widzenia duchowości. Jeśli chodzi o mnie to…

Na ten moment widzę koniec i początek, gdzie jedno wynika z drugiego. Ale nie widzę miejsca przejściowego, etapu z „teraz”. I jestem w tym nieco zawieszona. Spogląda jakby z góry. Mocno wybija się słowo „inspiracja”, ale nic więcej wokół nie widzę i nie słyszę.

Jest to dla mnie naprawdę ciekawy aspekt ziemskiej podróży. Pozwalanie sobie na przemijanie. Na puszczanie tego, z czego wycisnęłam już widocznie wszystko. Nie oceniam tego, nie krytykuję, ale też nie wielbię. Po prostu jest ze mną takie uczucie i takie myśli.

Nie wiem, do czego mnie doprowadzą, ale z jakiegoś powodu bardzo chciały przepłynąć w tym poście. I oto jest.

You may also like

Leave a Comment